Na tę chwilę moja potrzeba wyzewnętrznienia się (pytanie dnia: czy istnieje takie słowo? I bardziej egzystencjalnie - kim jestem, aby negować spelling checka?) jest głęboka jak stąd do Ugandy, a że opcja pogadania z rodziną odpada na wstępnie, z przyjaciółmi trochę później, ale jednak też, po raz kolejny wybieram nic nie wnoszące monologowanie prosto w otchłań internetu.
A więc (wierzcie mi, NIC nie daje takiej satysfakcji uczniom klas humanistycznych jak rozpoczęcie zdania od "a więc") czułam się potwornie, ale teraz już się nie czuję, bo człowiek, jak uczy nas Victor Hugo (a może to był Jezus?), nie może wytrwać zbyt długo w żadnej skrajności. Dlatego po etapie wysyłania wszystkim zainteresowanym smsów/wiadomości na facebooku o treści "Mój tata ma raka, ale nie przytulaj mnie jak się zobaczymy" (wyjąc przy tym jak raniony hipopotam), wciskania sobie paznokci w przedramię za każdym razem, kiedy przychodziło do zamienienia z mamą paru zdań (bo naprawdę trzeba być pierdołą, żeby płakać robiąc kisiel) i ogólnego żulenia się mniej więcej co drugi wieczór, przyszedł względny spokój. I już nie czuję się potwornie, tylko wyrzucam sobie od potworów, łapiąc się na czysto technicznych rozważaniach w stylu: "co będzie, jeśli..." ("kto mi będzie dawał kieszonkowe? Jak wytrzymam tylko z mamą? Będę mogła wziąć jego samochód? O czym ja, kurwa, myślę?!"). Czyli mamy, jak mawia U., progress.
Tydzień temu tata wrócił do domu po prawie dwóch miesiącach w szpitalach (jednym na zadupiu, drugim w stolycy), lżejszy o głowę trzustki (śmieszne, ja dalej nie jestem pewna, co robi trzustka. Dr House nawalił w tej kwestii), kawał wątroby, jakieś fragmenty jelit (a może nie jelit...) oraz dwadzieścia pięć kilo, co w połączeniu z jego twarzą Żyda Jankiela (nie żeby cośtam, tylko stwierdzam fakt) i brodą a la Hemingway - domyślnie Tołstoj - którą zapuścił w wakacje daje efekt jakby właśnie wyszedł z Auschwitz. Nie jest w stanie odkręcić sobie soku. A ja dalej, kurwa, zachowuję się jakby miał grypę, i to nawet nie świńską. Albo ptasią.
Cóż.
Miałam jeszcze coś do powiedzenia, ale za cholerę nie pamiętam co, przypomni mi się za kolejne dwa miesiące.
sobota, 24 października 2009
wtorek, 15 września 2009
Co do Dirty Dancing
Patrick Swayze umarł dziś na raka trzustki.
Wiecie, kto jeszcze ma raka trzustki?
Rodziciel.
Wiecie, kto jeszcze ma raka trzustki?
Rodziciel.
niedziela, 16 sierpnia 2009
Z cyklu: jak ocalić świat, cz.1
Ja: Mogę cię zabawiać konwersacją na poziomie, chcesz?
U: Właśnie tego od Ciebie oczekuję..
Ja: Możemy konwersować o manatach
Ja: Wiesz co to manat?
U: Nie
U: Ale mi powiesz
Ja: Więcej, dam ci link do artykułu który zmienił moje życie
Ja: Wreszcie wiem kim chcę być jak dorosnę
Ja: MANAT!
U: Chcesz zostać manatem?
Ja: Tak
U: Ważyć 500 kg i mieć 3,5m długości?
Ja: Tak
U: Ekstraa...
U: Myślę, że to dobra opcja
U: Taki manat na pewno ma niewiele problemów i nikomu nie szkodzi
Ja: Byłabym gruba, ale miałabym to gdzieś bo już bym się taka urodziła
Ja: I wszyscy naokoło też byliby grubi!
Ja: Spędzałabym życie żrąc trawę
Ja: Nie robiłabym NIC
U: Ja też tak chcę
Ja: W pełni zrozumiałe
U: I jeszcze być pod ochroną, więc nikt Ci nie zrobi krzywdy
U: Tak
U: Chcę zostać manatem
Ja: Manat przebił moją wcześniejszą ambicję bycia misiem koala
U: Manat lepszy
Ja: Albo to to, że dowiedziałam się że misie koala odżywiają się bakterią z kału mam misiów koala. Czy jakoś tak.
U: No tak, to nie jest pozytywne...
U: Manat to najlepsza opcja
U: Zdecydowanie
Ja: Widzisz!
U: Od dzisiaj zaczynam działać w kierunku zostania manatem
Ja: Tylko że jest ten problem, że nie wiemy jak :(
U: Przerzucamy się na trawę i wyjeżdżamy do Afryki
Ja: No to teraz już wiemy!
U: I rewelacja
Ja: Tym sposobem skończyły się wszystkie nasze problemy!
Ja: Mogłybyśmy zrobić więcej
Ja: Założyć społeczność manatów dla vipów
U: Tak!
Ja: I stworzyłybyśmy podwodny manatland
U: I będziemy trząść Afryką
Ja: Ba, nie tylko Afryką
Ja: Są jeszcze manaty karaibskie i ich kumple diugonie
U: To lepiej na Karaibach, bo tam możemy spotkać Jacka Sparrowa
Ja: Który też zostanie manatem!
U: On ma monopol na wszystko, więc da radę
U: Jack jest alfą i omegą, więc manatem też
Ja: No, ale nieźle się z tym kryje
Ja: Pewnie ukrywa płetwy pod dreadami
U: I brodą
U: Nie wiem jak, ale na pewno tak jest!
Ja: Ej, jeśli rozgryzłyśmy to, to oznacza że jesteśmy w stanie ogarnąć już WSZYSTKO we wszechświecie!
Ja: Też jesteśmy alfą i omegą!
U: Tak!
Ja: Ogarnąć = móc! Możemy WSZYSTKO!
Ja: OCALIMY ŚWIAT!
PS.
Nikt nie nauczył mnie jarać trawki, po prostu odkryłam że na planecie nie ma nic fajniejszego niż wodne ssaki.
U: Właśnie tego od Ciebie oczekuję..
Ja: Możemy konwersować o manatach
Ja: Wiesz co to manat?
U: Nie
U: Ale mi powiesz
Ja: Więcej, dam ci link do artykułu który zmienił moje życie
Ja: Wreszcie wiem kim chcę być jak dorosnę
Ja: MANAT!
U: Chcesz zostać manatem?
Ja: Tak
U: Ważyć 500 kg i mieć 3,5m długości?
Ja: Tak
U: Ekstraa...
U: Myślę, że to dobra opcja
U: Taki manat na pewno ma niewiele problemów i nikomu nie szkodzi
Ja: Byłabym gruba, ale miałabym to gdzieś bo już bym się taka urodziła
Ja: I wszyscy naokoło też byliby grubi!
Ja: Spędzałabym życie żrąc trawę
Ja: Nie robiłabym NIC
U: Ja też tak chcę
Ja: W pełni zrozumiałe
U: I jeszcze być pod ochroną, więc nikt Ci nie zrobi krzywdy
U: Tak
U: Chcę zostać manatem
Ja: Manat przebił moją wcześniejszą ambicję bycia misiem koala
U: Manat lepszy
Ja: Albo to to, że dowiedziałam się że misie koala odżywiają się bakterią z kału mam misiów koala. Czy jakoś tak.
U: No tak, to nie jest pozytywne...
U: Manat to najlepsza opcja
U: Zdecydowanie
Ja: Widzisz!
U: Od dzisiaj zaczynam działać w kierunku zostania manatem
Ja: Tylko że jest ten problem, że nie wiemy jak :(
U: Przerzucamy się na trawę i wyjeżdżamy do Afryki
Ja: No to teraz już wiemy!
U: I rewelacja
Ja: Tym sposobem skończyły się wszystkie nasze problemy!
Ja: Mogłybyśmy zrobić więcej
Ja: Założyć społeczność manatów dla vipów
U: Tak!
Ja: I stworzyłybyśmy podwodny manatland
U: I będziemy trząść Afryką
Ja: Ba, nie tylko Afryką
Ja: Są jeszcze manaty karaibskie i ich kumple diugonie
U: To lepiej na Karaibach, bo tam możemy spotkać Jacka Sparrowa
Ja: Który też zostanie manatem!
U: On ma monopol na wszystko, więc da radę
U: Jack jest alfą i omegą, więc manatem też
Ja: No, ale nieźle się z tym kryje
Ja: Pewnie ukrywa płetwy pod dreadami
U: I brodą
U: Nie wiem jak, ale na pewno tak jest!
Ja: Ej, jeśli rozgryzłyśmy to, to oznacza że jesteśmy w stanie ogarnąć już WSZYSTKO we wszechświecie!
Ja: Też jesteśmy alfą i omegą!
U: Tak!
Ja: Ogarnąć = móc! Możemy WSZYSTKO!
Ja: OCALIMY ŚWIAT!
PS.
Nikt nie nauczył mnie jarać trawki, po prostu odkryłam że na planecie nie ma nic fajniejszego niż wodne ssaki.
wtorek, 28 lipca 2009
Czysta dekadencja
Rodziciele wyjechali, znowu, tym razem na koniec świata (no dobra, do Chorwacji) i na okrągły miesiąc, z którego minął już ponad tydzień. Zostawili mnie z zapasem jogurtów oraz przeszywającym poczuciem własnej (mojej) wyrodności*; po pierwsze dlatego, że w ogóle nie pojechałam, po drugie dlatego, że odczułam ich brak jedynie dziś rano, kiedy musiałam usunąć własne kudły z odpływu wanny oraz przedwczoraj, kiedy znalazłam na ścianie pająka (jakby sam fakt bycia arachnofobką nie czynił pozbycia się go niemal niemożliwym, zostałam wychowana w przeświadczeniu że każde żywe stworzenie zasługuje na życie, a każdy robal na godne wepchnięcie do słoika i wyrzucenie za okno - zajęło mi to kwadrans). Żebym o swojej wyrodności nie zapomniała, powierzyli mnie pieczy babci, która teraz regularnie budzi mnie telefonami w południe i kazaniami o tym, że spanie do południa to zło (gdyby mnie nie budziła, spałabym pewnie do pierwszej; końcowy efekt jest taki, że trzymam telefon przy łóżku, ucinamy sobie pogawędkę, po czym śpię do trzeciej). Oprócz tego zaprasza mnie na obiady, podczas których zapewnia mnie, że wie jak ja strasznie lubię sobie gotować i oczywiście do niczego mnie nie zmusza i wystarczy, jak przyjdę dwa razy w tygodniu - co byłoby szalenie miłe, gdyby nie fakt, że jeśli odmówię przyjścia na obiad czwartego dnia z rzędu w dwie godziny później dzwonią rodzice i pytają, dlaczego babcia znów jest obrażona. Opiekuje się mną też S., przychodząc co drugi dzień, wypalając garść szlugów i, kiedy ma dobry humor, przynosząc prezenciki w postaci paczki chipsów (których połowę wyżera po drodze) lub puszki piwa (które i tak wypija sam, bo zapamiętanie, że ja piję tylko malinowe jest powyżej jego możliwości). Na ogół wpada bladym świtem, czyli koło pierwszej, ale na przykład w piątek wpadł o drugiej nad ranem, przywiózł dwóch kumpli i oglądaliśmy Dwie wieże. Wyszło to o tyle dziwnie, że właśnie była u mnie U., która, po paru godzinach wylewania żalów na swojego ideała dostała od niego wyjaśniającego całe zło tego świata smsa i w momencie ich przyjścia leżała na podłodze i śmiała się do sufitu. Ja natomiast przez cały wieczór starałam się ukrywać mój kompletny brak kompetencji do pocieszania ludzi, aplikując jej rum z colą, który sama potem wypijałam, bo nie mogłam słuchać tych smętów. Dwie wieże cytowałam już z pamięci, tyle dobrego, że na przemian z S., więc koledzy stwierdzili że to rodzinne.
Od tygodnia nie zjadłam żadnego warzywa, chodzę spać o czwartej, a panie z monopolu zaczynają mnie rozpoznawać.
Gdyby nie pogoda, czułabym się jak Kevin sam w domu.
* spelling-check twierdzi, że nie ma takiego słowa, ja upieram się że jest
Od tygodnia nie zjadłam żadnego warzywa, chodzę spać o czwartej, a panie z monopolu zaczynają mnie rozpoznawać.
Gdyby nie pogoda, czułabym się jak Kevin sam w domu.
* spelling-check twierdzi, że nie ma takiego słowa, ja upieram się że jest
czwartek, 16 lipca 2009
Masochizm
Wczoraj założyli mi stelaż na zęby. Czuję się jak kosmita, wyglądam jak żelazna dziewica, myję zęby jak paralityk i odżywiam się jak rusałka admirał - tzn nie za pomocą ssawki, tylko bez przeżuwania i przyjmowania pokarmów stałych (no dobra, głupawe porównanie, ale nie mogłam znaleźć innego). Poza tym strasznie żałuję, że nie używam słowa "napierdalać", bo gdybym używała znacznie ułatwiłoby mi to odpowiadanie wszystkim zainteresowanym (a jest ich zadziwiająco dużo) na pytania z kategorii "Co u twoich zębów?", "Dlaczego nie idziesz na Transformersy?" i "Czemu cię nie ma na francuskim?" (wspominałam, że zapisałam się na intensywny kurs francuskiego?).
Ale cóż z tego, skoro za głupi rok będę olśniewać uśmiechem jak ten, ta... Yyyy... Scarlett Johansson?
Kurwa, w co ja się wpakowałam?
Ale cóż z tego, skoro za głupi rok będę olśniewać uśmiechem jak ten, ta... Yyyy... Scarlett Johansson?
Kurwa, w co ja się wpakowałam?
środa, 24 czerwca 2009
Podsumowując...
...zawrotne dziesięć miesięcy bycia licealistką, oczywiście, bo cóż by innego? W ciągu tych dziesięciu miesięcy:
- przytyłam pięć kilo
- prawdopodobnie rozpieprzyłam sobie zatoki przez kretyński pomysł mycia głowy codziennie rano
- nawiązałam przyjaźnie z satanistką K., lanserką W. oraz zupełnie zwyczajną, choć ostatnio rzygającą z nerwów U.
- oraz znacznie luźniejsze relacje z gronem równie fascynujących ludzi
- dalej nie wymyśliłam kim chcę być jak już dorosnę, chociaż rozważyłam starannie takie zawody jak:
lekarz (zbawienny wpływ "Doktora House'a")
żona lekarza (mieszanka wpływów "Doktora House'a" i "Gotowych na wszystko")
romanistka (Dumas)
rusycystka (Tołstoj oraz Sołżenicyn, który odwiódł mnie od pomysłu zostania lekarzem - coś za coś)
iberystka albo italianistka (dla czystego lansu. Ok, wpadłam na to w tej chwili)
filolożka klasyczna (głównie ze względu na kosmiczną nazwę)
gwiazda rocka (dalej ortodoksyjnie wielbię System of a down, ale oni wszyscy mają BRODY. Nie chcę mieć brody. Więc skąd mi się to wzięło?)
pisarka (przeczytanie czterech tomów Zmierzchu uświadomiło mi, że to wcale nie takie trudne)
prawniczka (bo tata by się ucieszył)
psycholożka (bo wszystkie dzieci psychologów kończą na psychologii; tata by się załamał)
- nauczyłam się:
deklinacji (sztuk dwie), i koniugacji (tyleż) po łacinie
więcej matematyki, niż w całym moim dotychczasowym życiu (bezcenna motywacja pały na semestr)
odrobinkę polskiego
może ciut angielskiego (po raz kolejny brawa dla dr. House'a, Blair Waldorf i Sawyera)
- nie nauczyłam się absolutnie niczego z:
chemii (ale rozwinęłam umiejętność ściągania)
historii
wosu/woku (dalej nie jestem pewna, na które uczęszczałam)
francuskiego
geografii
i pozostałych przedmiotów
- poznałam takie słowa/wyrażenia jak:
pocisnąć
padaka
drams
kosmos
chujnia z grzybnią
- rozwinęłam się kulturalnie (przeczytałam cztery tomy Zmierzchu, sześć powieści Austen, siedem tomów Harry'ego Pottera, czterdzieści dwa tomy Dragon Balla, szesnaście czy tam siedemnaście tomów Jeżycjady, wszystkie części Ani z Zielonego Wzgórza, sześć tomów Forsyte'ów i myślę, że czas zacząć od nowa. Obejrzałam cztery sezony Gotowych na wszystko, dwa Plotkary, jeden Losta i trzy House'a. Pokryłam szlaczkami i rysunkami waleni cztery brudnopisy)
Taa, to był dobry rok.
- przytyłam pięć kilo
- prawdopodobnie rozpieprzyłam sobie zatoki przez kretyński pomysł mycia głowy codziennie rano
- nawiązałam przyjaźnie z satanistką K., lanserką W. oraz zupełnie zwyczajną, choć ostatnio rzygającą z nerwów U.
- oraz znacznie luźniejsze relacje z gronem równie fascynujących ludzi
- dalej nie wymyśliłam kim chcę być jak już dorosnę, chociaż rozważyłam starannie takie zawody jak:
lekarz (zbawienny wpływ "Doktora House'a")
żona lekarza (mieszanka wpływów "Doktora House'a" i "Gotowych na wszystko")
romanistka (Dumas)
rusycystka (Tołstoj oraz Sołżenicyn, który odwiódł mnie od pomysłu zostania lekarzem - coś za coś)
iberystka albo italianistka (dla czystego lansu. Ok, wpadłam na to w tej chwili)
filolożka klasyczna (głównie ze względu na kosmiczną nazwę)
gwiazda rocka (dalej ortodoksyjnie wielbię System of a down, ale oni wszyscy mają BRODY. Nie chcę mieć brody. Więc skąd mi się to wzięło?)
pisarka (przeczytanie czterech tomów Zmierzchu uświadomiło mi, że to wcale nie takie trudne)
prawniczka (bo tata by się ucieszył)
psycholożka (bo wszystkie dzieci psychologów kończą na psychologii; tata by się załamał)
- nauczyłam się:
deklinacji (sztuk dwie), i koniugacji (tyleż) po łacinie
więcej matematyki, niż w całym moim dotychczasowym życiu (bezcenna motywacja pały na semestr)
odrobinkę polskiego
może ciut angielskiego (po raz kolejny brawa dla dr. House'a, Blair Waldorf i Sawyera)
- nie nauczyłam się absolutnie niczego z:
chemii (ale rozwinęłam umiejętność ściągania)
historii
wosu/woku (dalej nie jestem pewna, na które uczęszczałam)
francuskiego
geografii
i pozostałych przedmiotów
- poznałam takie słowa/wyrażenia jak:
pocisnąć
padaka
drams
kosmos
chujnia z grzybnią
- rozwinęłam się kulturalnie (przeczytałam cztery tomy Zmierzchu, sześć powieści Austen, siedem tomów Harry'ego Pottera, czterdzieści dwa tomy Dragon Balla, szesnaście czy tam siedemnaście tomów Jeżycjady, wszystkie części Ani z Zielonego Wzgórza, sześć tomów Forsyte'ów i myślę, że czas zacząć od nowa. Obejrzałam cztery sezony Gotowych na wszystko, dwa Plotkary, jeden Losta i trzy House'a. Pokryłam szlaczkami i rysunkami waleni cztery brudnopisy)
Taa, to był dobry rok.
czwartek, 11 czerwca 2009
Z cyklu: jestem hardkorem, część 2
Wczoraj (ok, nie wczoraj, teraz już tydzień temu) miałam iść na osiemnastkę koleżanki. Ok, fajnie, pomalowałam paznokcie, za pomocą wiadra nospy i kontenera snickersów doprowadziłam się do prawie radosnego stanu, odgrzebałam nawet cholerną torebkę na łańcuszku i dotarłam na miejsce, to jest do najbardziej wylansowanego miejsca na półkuli, klubu Enso, spóźniona zaledwie czterdzieści minut. Wchodzę - pusto, obsługa radośnie sobie plotkuje (podsłuchałam między innymi, że zaproszonych jest dwadzieścia osób i strasznie smutno mi się zrobiło, bo po co komu klub na dwadzieścia osób?). Dzwonię do K., przyjaciółki M., która (M.) imprezę urządza, i K. mówi, że do Enso dotrą za godzinę. Jest dziesiąta - z nudów dzwonię do Koleżanki Satanistki (poważnie, mam Koleżankę Satanistkę - racjonalną, cokolwiek to nie znaczy - którą strasznie lubię, mimo że doprowadza mnie do szału sześć razy w tygodniu), zakładając, że siedzi właśnie w jakiejś mrhocznej spelunie i będę mogła się tam wprosić w oczekiwaniu na K. i M. Satanistka siedzi w domu, ale mówi że mogę wpaść - wpadam. Zagadujemy się, wychodzę o wpół do dwunastej. K., która, na marginesie, mieszka na drugim końcu świata (no dobra, za Krakowem), dzwoni i mówi, że już są, no, tam, w Enso koło szkoły. Wszystko się zgadza, wracam do cholernego Enso, osiemnastka jest, nikogo nie znam - prawidłowo. Cholernie nie chce mi się tam być, stwierdzam że dam buzi M. i się ulotnię, problem w tym, że ani M. ani K. nie widać. Nic to, wychodzę, dzwonię do K., K. mówi że już są, czekają na zewnątrz. Ja też czekam na zewnątrz, ale jakoś ich nie widzę. Nie mam siły rozważać, czy cierpię na nagłą ślepotę, czy Enso ma dwa zewnętrza, czy któreś z nas są w złym miejscu. Dzwonię do K., mówię że koniecznie muszę wracać do domu (żadna z nas nie jest specjalnie przytomna - jak widać - K. nie wnika), wracam.
Godzinę później dostaję smsa od K. - że strasznie przeprasza, to nie Enso, to El sol, również koło szkoły.
Ok, w tej historii to nie ja jestem największym hardkorem, ale i tak.
A dzisiaj rano zadzwonił S., uchachany jak norka (jak mawia Pam Jones) i powiedział, że właśnie dostał coś, co zmieniło jego życie, czyli zniżkę dla pracowników do McDonalda. Nie żeby był pracownikiem, S. się pracą nie kala, ale i tak pierwszy raz w życiu jestem dumna z mojego brata.
Ps: Aha, co do tytułu cyklu - wulgarne i głupie, no i nie wierzę, żeby była osoba w kraju która tego nie widziała, ale klik
Godzinę później dostaję smsa od K. - że strasznie przeprasza, to nie Enso, to El sol, również koło szkoły.
Ok, w tej historii to nie ja jestem największym hardkorem, ale i tak.
A dzisiaj rano zadzwonił S., uchachany jak norka (jak mawia Pam Jones) i powiedział, że właśnie dostał coś, co zmieniło jego życie, czyli zniżkę dla pracowników do McDonalda. Nie żeby był pracownikiem, S. się pracą nie kala, ale i tak pierwszy raz w życiu jestem dumna z mojego brata.
Ps: Aha, co do tytułu cyklu - wulgarne i głupie, no i nie wierzę, żeby była osoba w kraju która tego nie widziała, ale klik
Subskrybuj:
Posty (Atom)
